- Wenecja - Włochy
- Plitwickie Jeziora - Chorwacja
- Strasbourg - Francja
- Santorini - Grecja
- Oxford - Wielka Brytania
- Poczdam - Niemcy
- Burano k/Wenecji - Włochy
Rano obudził nas deszcz. Pogoda niestety nie jest tak piękna, jak wczoraj. Autobusem jedziemy do oddalonej o kilkanaście kilometrów Chani.

Miasto Chania nie zrobiło na nas dużego wrażenia. Trochę brudne i zaniedbane. Jedynie domki nad zatoką robią miłe wrażenie. Przypominają nam trochę Honfleur w Normandii. Wąskie, kolorowe domki z restauracjami i sklepikami na dole, okalają zatokę. Podobnie, jak w Honfleur, co chwilę wiało i padało…
Po południu zjedliśmy doskonałą rybę (basfish) w jednej z restauracji nad zatoką.
W zachwalanej przez rezydentkę Hali Targowej kupiliśmy upominki i zioła. Potem
włóczyliśmy się po wąskich uliczkach ze sklepikami zawalonymi tandetnymi pamiątkami, ciuchami i tanią biżuterią. Zrobiły na nas złe wrażenie – poczuliśmy się, jak na bazarze.
Potem zaskoczył nas bałagan organizacyjny na dworcu autobusowym. Zwarty tłum w jednym miejscu czekał na autobusy odjeżdżające w różnych kierunkach. Nie wiadomo było kiedy podjedzie właściwy autobus. Nie ma ani przystanków, ani numerów autobusów…! Trzeba czekać na informacje z głośników, co to za autobus właśnie podjechał i dokąd zmierza. W końcu udało nam się wsiąść i wrócić do hotelu.